~ EMILY ~
Siedzieliśmy już w samolocie. Cała
odprawa za nami. Byliśmy oddzieleni od reszty pasażerów. Byliśmy tu tylko my.
Znaczy chłopacy, ich dziewczyny, że się tak wyrażę, Little Mix, no i cała
ekipa, która zawsze z nimi wszędzie leci. Sporo nas tu było. Ale czułam się
strasznie nieswojo. Eleanor chyba mnie nie polubiła. Jakoś tak na mnie łypała
wzrokiem. Siedziałam między Harrym, a
Niallem.
- Masz za ładną mordkę, jesteś już u
niej na przegranej pozycji – szepnął mi Harry do ucha, wskazując na Eleanor.
- Co? – zdziwiłam się.
- Ona jest królową wszechświata –
zaśmiał się.
- A niech sobie jest, nie przeszkadzam
jej w tym przecież.
Droga strasznie się wlokła. Był
moment, kiedy chłopacy zaczęli opowiadać kawały, grali też w karty, później
słuchaliśmy z Harrym muzyki. Po jakimś czasie zaczęłam coś do niego mówić, ale
najwidoczniej zasnął.
- On tak zawsze – oznajmił mnie Niall,
przyglądając się Harry’emu.
- To mi chyba nie pozostaje nic innego
jak zrobić to samo – szepnęłam, układając poduszkę pod głową i ustawiając
fotel.
Zamknęłam oczy, jednak po chwili znów
je otworzyłam.
- On ma straszne powodzenie u
dziewczyn, co nie? – zapytałam.
Niall spojrzał na mnie jakbym była
wariatką.
- Zdecydowanie największe z nas
wszystkich – zaśmiał się.
- Na normalnych chłopaków lecą
wszystkie dziewczyny w szkole, a na was? Dziewczyny z całego świata –
stwierdziłam, aż serce mi się łamało.
- No życie – wyszczerzył się Niall.
Walnęłam go pięścią w ramię, aż krzyknął.
Zaczęłam się śmiać.
- Wybacz, chciałam mocniej – szepnęłam
i ponownie zamknęłam oczy.
Odpłynęłam. Strasznie mnie ten lot
zmęczył. Samolotowe fotele nie pozwoliły mi się nawet przytulić do Harry’ego,
bo były strasznie niekształtne. Miałam sny erotyczne! Co to znaczy? Obudziłam
się i czułam jak robię się czerwona na policzkach. Spojrzałam na Harry’ego, a
on patrzył na mnie swoimi pięknymi oczami.
- Nareszcie – szepnął, nie odrywając
ode mnie wzroku.
- Długo jeszcze? – zapytałam niezadowolona,
ponieważ plecy już mnie bolały od siedzenia w tym głupim fotelu.
- Właściwie to nie, jesteśmy już w
Ameryce – oznajmił mnie, a ja wyjrzałam przez okno.
Jasne, bardzo ciekawe, amerykańskie
chmury. Słońce świeciło, było mi gorąco. Przyjemna pogoda, zważając na tą szarą
w Anglii.
- Daj buzi – powiedział Harry, a ja
się zaśmiałam.
- Co? – zapytałam przez śmiech.
- Daj buzi – powtórzył.
- Spadaj.
- Proszę zapiąć pasy i przygotować się
do lądowania, będziemy lądować za 10 minut – usłyszeliśmy przez głośnik.
Odetchnęłam. Dobrze, że praktycznie
całą drogę przespałam. Nienawidziłam momentu startowania i lądowania. Myślałam,
że się porzygam z nerwów. Harry ścisnął moją rękę. Siedzieliśmy i czekaliśmy na
ten moment. Czułam jak się obniżamy, a po chwili koła samolotu dotknęły pasu
startowego. Uff. Sunęliśmy tak po nim jeszcze dość długo zanim się
zatrzymaliśmy. Banan pojawił się na mojej buzi. Halo, jestem w Nowym Jorku!
Wszyscy zaczęli klaskać, a my razem z nimi. Bezpiecznie dolecieliśmy na
miejsce, to było najważniejsze. Musieliśmy jeszcze trochę poczekać, aż przysuną
schody i tak dalej, a już po prostu nie mogłam wytrzymać, aż zaczerpnę świeżego
powietrza.
- Spokojnie – powiedział Harry,
patrząc na mnie troskliwie.
- Zaraz się uduszę – syknęłam,
zamykając oczy, by się uspokoić.
Naprawdę nie wiedziałam, co się
dzieje, ale nie mogłam wziąć oddechu. Mieliśmy pierwszeństwo, by wyjść z
samolotu. Harry złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Czułam się,
jakbym miała zaraz zemdleć. Po chwili poczułam powiew świeżego powietrza.
Otworzyłam szeroko oczy i rozejrzałam się wokoło. Znajdowaliśmy się na lotnisku
Kennedy’ego w dzielnicy Queens na, nie mam pojęcia, którym terminalu.
- Jesteśmy w Nowym Jorku, Emy –
powiedział Harry, przytulając mnie od tyłu.
Zaśmiałam się, rozkoszując się
nowojorskim powietrzem.
- Może byście się przesunęli,
gołąbeczki? – zaśmiał się Niall, bo staliśmy na samej górze schodów, blokując
zejście.
Ruszyliśmy powoli na dół. Miałam
ochotę krzyknąć, ale się powstrzymałam. Czekaliśmy za wszystkimi na dole. Kiedy
wszyscy już zeszli, przeszliśmy przez ogromne drzwi i ruszyliśmy w stronę jakąś
tam, nie mam pojęcia, ale chłopacy doskonale się tu odnajdywali. Ciekawe ile
razy już tutaj byli. Czekaliśmy na nasze walizki. Kiedy w końcu je otrzymaliśmy,
zostały wpakowane na jakieś małe auto i pojechały gdzieś tam. Boże.
- Masz jakąś bluzę? – zapytał mnie
Harry.
Miałam sweter w mojej torbie
podręcznej.
- Sweter – odpowiedziałam mu
zdziwiona.
- Nałóż go na głowę – polecił mi.
- Co? To jakieś porwanie? – zaśmiałam
się.
Harry założył na głowę kaptur.
- Mówię serio. Chyba, że chcesz być
jutro na twitterze, facebooku i innych pierdołach.
- Och – szepnęłam i pospiesznie
wyjęłam sweter z torby.
Nałożyłam go na głowę.
- Jakbym widziała siebie za pierwszym
razem – zaśmiała się Sophia.
- No nie gadaj, to przerażające –
stwierdziłam.
- Co nie?
- No…
Harry złapał mnie za rękę i pociągnął
w stronę tłumu.
- Ale się o mnie troszczysz –
zauważyłam.
Zaśmiał się tylko na moje słowa i
przyciągnął do siebie.
- Takie już nasze życie. Zdjęcia z
lotniska na profilach na twitterze pojawią się za około godzinę.
- O Boże, macie przejebane –
powiedziałam zupełnie szczerze.
- W sumie to przestało mi to już
przeszkadzać.
Szliśmy ściśnięci w stronę wyjścia od
lotniska. To lotnisko było takie olbrzymie, że trochę nam to zajęło. Ale kiedy
w końcu wyszliśmy czekał na nas taki mały autobus. Znaczy nie wiem jak autobus
może być mały, w każdym bądź razie mniejszy od wszystkich. Obok drzwi stał
ochroniarz, odsunął się na bok, kiedy nas zobaczył. Harry szybko wbiegł przez
otwarte drzwi, a ja od razu za nim. Szyby były ciemne. Usiedliśmy się na
kanapie, bo autobus w środku nie wyglądał jak każdy inny, którym czasami
jeżdżę. Były w nim kanapy, stoliki. Pomieszczenie nie było duże, ale widziałam
jakieś drzwi za którymi pewnie też coś było. Zdjęłam sweter z głowy i wtuliłam
się w Harry’ego.
- Co będziemy dzisiaj robić? –
zapytałam.
- Co tylko chcesz, dzisiaj jestem do
twojej dyspozycji – zaśmiał się, obejmując mnie ramieniem.
- Czemu jeszcze ich nie ma?
- Skarbie, ja przemknąłem
niezauważony, mam nadzieję, ale oni robią jeszcze zdjęcia z fanami, autografy,
tak wygląda każde nasze pojawienie się na lotnisku, więc jeszcze odrobinę
cierpliwości.
- Nie no, jasne, tak tylko pytam. A
tak w ogóle łosiu, tyle razy byłeś w Nowym Jorku, a nadal zapominasz, że tu
inna strefa czasowa?
- Nie zapominam – zaśmiał się.
- Powiedziałeś, że będziemy późnym
popołudniem, a tak przeskoczyliśmy w czasie, że aż się zmieszałam, zaraz zjem
dopiero jakiś obiad – zażartowałam.
- No co, w ogóle o tym nie pomyślałem.
- To tak jakbyśmy lecieli do Nowego
Jorku nie przez 7 godzin, tylko przez ile? 2 albo 3 godziny?
- No jakoś tak. Dobra, przestań już o
tym gadać. Powiedz mi lepiej, co chcesz dzisiaj robić? – zapytał.
- Bardzo trudne pytanie, nie mam
pojęcie, zaskocz mnie – zaśmiałam się. – Masz w ogóle czas?
- Dzisiaj i jutro jak najbardziej. W
piątek mamy próbę, jakiś wywiad, ale wieczór mam tylko dla ciebie. W sobotę sam
nie wiem, a w niedzielę jest premiera – oznajmił.
- Zabierz mnie gdzieś dzisiaj –
powiedziałam, wyglądając przez ciemną szybę autobusu.
Nowy Jork kojarzył mi się zawsze z
ogromnymi wieżowcami, ale do tej części miasta mamy jeszcze kawał drogi.
- Gdzie nocujemy?
- Na Manhattanie.
- O Boże – szepnęłam podekscytowana. –
A tak w ogóle, Harry, komu mam oddać pieniądze z bilet? – zapytałam.
Harry spojrzał na mnie zdziwiony.
- Żartujesz, prawda? Przecież
przyleciałaś tu ze mną, nie musisz za nic płacić, w ogóle walnij się w ten
pusty łeb – zaśmiał się i cmoknął mnie w czoło.
- Nie, Harry. Ja tak nie chcę, ja mam
swoje pieniądze, tata o mnie zadbał, spokojnie, stać mnie na to – powiedziałam
szybko, patrząc na niego.
- Nie ma mowy, Emily. Nie chcę nawet o
tym słyszeć – oznajmił i zatkał mi usta dłonią.
Zaśmiałam się, wtulając się w jego
tors. Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę. Do autobusu po kolei wszyscy zaczęli się
schodzić. Obok mnie usiadła Sophia, miałam nadzieję, że będziemy trzymać się
razem, bo naprawdę była świetną dziewczyną. Nie znałam jej za dobrze, ale była
taka miła, zabawna i naprawdę ładna.
- No to jedziemy! – zawołała
ucieszona.
Autobus ruszył. Wszyscy chyba już
tutaj byli, tylko nie ja. Nie chciałam przegapić żadnego widoku za szybą, więc
odwróciłam się i pochłaniałam każdą panoramę. Z każdym kilometrem byłam coraz
bardziej podekscytowana.
- No to tak – usłyszałam głos Paula.
Odwróciłam się.
- Jak dojedziemy, idziemy od razu na
obiad, o bagaże się nie martwcie, będą już w waszych pokojach. Wiecie, gdzie
nocujemy, tam gdzie zawsze. Dzisiaj macie czas wolny, Harry wybłagał mnie, żeby
jutro też tak było, także próbę macie dopiero w piątek. Nie zapomnijcie też o
wywiadzie do The New York Times. Na piątek niczego na razie nie planujcie,
zgadam się z wami.
- Jasne – potwierdzili chłopacy.
Po dosłownie kilku sekundach autobus
się zatrzymał. Harry mnie pociągnął i wyszliśmy pierwsi. Skierowaliśmy się do
ogromnych drzwi jakiegoś hotelu. Ogólnie nawet nie zdążyłam się rozejrzeć. W
holu była ogromna lada recepcyjna. Harry podszedł do niej.
- Styles – powiedział recepcjonistce.
Ta spojrzała na niego zdziwiona.
- Momencik – powiedziała, patrząc w
komputer. – Dwa pokoje na pana nazwisko, piętro 18, numer 12B, 13B.
- Dziękuję – uśmiechnął się, kiedy
kobieta wręczyła mu dwie karty.
Poszliśmy w stronę windy, wciąż
trzymając się za ręce. Harry zaczął się śmiał.
- Co? – zapytałam zdziwiona jego
zachowaniem.
- Wystarczy jedna – powiedział,
ukazując mi karty od pokojów.
- Oj, nie – zaprzeczyłam.
Drzwi windy się za nami zamknęły.
- No przestań – szepnął mi do ucha, opierając mnie o ścianę.
Poczułam jak unosimy się do góry.
- Harry, nie tutaj – zaśmiałam się, kiedy zaczął mnie całować po
szyi.
- Wystarczy jedna – powtórzył.
- Harry, ja chcę mieć osobny pokój – powiedziałam całkiem
poważnie.
- No dobra – oznajmił lekko oburzony.
Pocałowałam go w policzek.
- Nie bądź zły, nie chcę kusić losu, po prostu – zażartowałam,
wywalając na niego język.
- Dlaczego? – zapytał, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Po prostu – powiedziałam krótko.
Drzwi windy się otworzyły, więc szybko z niej wyszłam.
- Karta – upomniałam się.
- Chodź, najpierw zobaczymy mój pokój – powiedział i wylosował jedną
kartę.
Pokazał mi numerek ‘12’ ukazał nam się długi korytarz, ale on
doskonale wiedział, gdzie iść. Harry zwinnie przesunął kartą w czytniku i
usłyszeliśmy ciche pstryknięcie. Otworzył drzwi, powoli przez nie przeszłam.
Zaparło mi dech w piersiach! To nie był pokój, to był apartament! Ogromna
przestrzeń, wszystkie ściany były białe. Na środku pomieszczenia stała wielka,
czerwona kanapa, a przed nią szklany stół. Na ścianie wisiał duży telewizor. W
kącie stał stoliczek, a przy nim dwa krzesła. Obok tego był ogromny regał z
różnymi książkami, znalazł się też barek. Na ścianach wisiały też dwa duże
obrazy. Ale najpiękniejsze było to, że słońce wdzierało się do tego pokoju
przez ogromne okno, przez które było widać piękną panoramę Nowego Jorku.
Zaparło mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czegoś
takiego. Było tu pięknie. Obok tego okna, znajdowały się też duże drzwi z szybą
na mały balkonik. Widziałam tam dwa czarne fotele i stolik.
- Wyobraź sobie jaki widok jest w nocy, pamiętaj Nowy Jork nigdy
nie śpi, miliony światełek – szepnął Hary do mojego ucha, przytulając mnie od
tyłu. – Poza tym twój pokój ma numerek ‘13’ wiesz, że to pechowa liczna?
Zaśmiałam się. Chciał zrobić wszystko, żebym z nim została.
- To dopiero salon – powiedział, łapiąc mnie za rękę.
Harry poprowadził mnie w stronę korytarza, który był połączony z
salonem. Za rogiem znajdowała się mała kuchnia, na podłodze były brązowe
płytki, na ścianach beżowe, a meble były do tego cudownie dobrane. Z każdym
kolejnym krokiem coraz bardziej podobał mi się ten apartament. Doszliśmy do
samego końca, po obu stronach korytarzyka znajdowały się drzwi. Za nimi pewnie
była sypialnia i łazienka. Harry otworzył drzwi łazienki i zapalił światło, bo
w ogóle nie było w niej okien. Myślałam, że niedługo nie będę mogła oddychać,
bo nawet głupia łazienka była tak przytulna, że koniec świata. Ogromna wanna
znajdowała się na środku pomieszczenia. Mieliśmy nawet w łazience pralkę i
suszarkę, nie musieliśmy schodzić do pralni. W tym apartamencie było wszystko.
Ja bym tu mogła spokojnie mieszkać całe życie. Oprócz wanny mieliśmy też
prysznic, no i wiadomo piękną umywalkę i kibelek.
- A teraz zamknij oczy – szepnął mi Harry do ucha.
Zrobiłam to, co mi kazał. Wyprowadził mnie z łazienki i zamknął
drzwi. Po chwili usłyszałam jak otwiera kolejne drzwi. Wprowadził mnie do
środka. Przytulił mnie od tyłu i mruknął coś do ucha. Otworzyłam powoli oczy.
Każdy szczegół doprowadzał mnie do szaleństwa, myślałam, że zwariuję, czułam
się jak mała dziewczynka. Moim oczom ukazało się małe pomieszczenie. Na całej
ścianie naprzeciwko mnie znajdowało się ogromne okno na panoramę Nowego Jorku.
Znajdowało się też tam łóżko. Duże, czerwone łoże. Po prawej stronie drzwi była
szafa z przesuwanymi drzwiami z lustrami, wbudowana w ścianę.
- Jezu, jak tu jest pięknie, zostańmy tu na zawsze – powiedziałam
i rzuciłam się na Harry’ego.
Podniósł mnie, a ja oplotłam jego ciało udami. Zaczęliśmy się
namiętnie całować. Nie wiem, jak on to zrobił, ale po chwili wylądowaliśmy na
tym ogromnym łóżku. Wspiął się na mnie i przycisnął mnie swoim umięśnionym
ciałem. Nie przerywaliśmy całowania. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Harry się
ode mnie oderwał.
- Nie wierzę, kurwa! – krzyknął.
Zaczęłam się śmiać.
- Za każdym cholernym razem ktoś nam przerywa – syknął, podnosząc
się z łóżka.
Wyszedł z sypialni i skierował się w kierunku salonu. Ja też
wstałam z łóżka i ciekawa, kto tym razem nam przerwał, pomaszerowałam za nim.
- Och, Paul – syknął, kiedy otworzył drzwi.
- Mówiłem, że jak przyjedziemy jest od razu obiad czy nie mówiłem?
– zapytał.
- No mówiłeś. Już idziemy.
- Hej, Paul – zaczęłam, biorąc kartę z numerem ‘13’ z stolika,
gdzie wcześniej położył ją Harry.
- Tak?
- Ona nie będzie nam potrzebna – zaśmiałam się, wręczając mu ją.
- Jasne – uśmiechnął się od ucha do ucha. – Powiem recepcjonistce,
żeby twoje bagaże też tu przyniosła.
- Dzięki bardzo – powiedziałam.
- Ale teraz naprawdę chodźcie na obiad – oznajmił i zniknął.
- Czyli jednak – ucieszył się Harry.
- A co mi tam, kanapa tu jest taka duża, że spokojnie się wyśpisz
– zażartowałam i cmoknęłam go w policzek. – Ej, naprawdę padam z głodu, chodźmy
już.
~ HARRY ~
Siedzieliśmy w restauracji na samej górze budynku. Był tu też
taras widokowy. Zająłem stolik przy dużym oknie na Nowy Jork. Obok mnie siedziała
Emily, po drugiej stronie Liam, a między nimi Sophia. Dostaliśmy ogromne
talerze. Wybrałem polędwiczki wieprzowe w sosie śmietanowo-grzybowym z ryżem i
surówką. Niebo w gębie. Emily wzięła jakieś chińskie żarcie. Żartowaliśmy sobie
przez praktycznie cały czas.
- Także my dzisiaj idziemy na spacer – ucieszyła się Sophia. – A
wy co? Chyba nie będziecie tu siedzieć cały dzień?
- W sumie mamy taki apartament, że mogłabym z niego nie wychodzić
– zaśmiała się Emily.
- Oj, już ja coś wymyślę – powiedziałem.
- Pamiętajcie, że mamy obok pokój, a w nocy śpimy – zażartował
Liam.
- Bardzo śmieszne – powiedziała Emily.
- To nie jest śmieszne, Emily – powiedziałem poważnie. – Nie wiem,
czy dasz radę nie krzyczeć.
- Zamknij się, Styles – skarciła mnie, rumieniąc się.
- Ale świnie, co nie? – zaśmiała się Sophia. – A właśnie, Emily,
miałam się ciebie pytać, czy będziesz zainteresowana pójściem na jakieś mega
zakupy w piątek jak oni będą mieli wywiad. Bo na próbę obowiązkowo idziemy z
nimi – powiedziała.
- Ale my was tam nie chcemy – powiedziałem, udając
niezainteresowanego.
Emily zmierzyła mnie od góry do dołu.
- Chętnie, uwielbiam zakupy! – powiedziała podekscytowana. – Na
takich zakupach jeszcze nigdy nie byłam. Nie w Nowym Jorku!
- Super – ucieszyła się Sophia.
- Liam, weź mi je stąd – wywróciłem oczami.
- Harry, weź mi je stąd – powiedział Payne.
Śmialiśmy się i żartowaliśmy cały czas. Uwielbiałem to, zawsze gdy
spędzaliśmy czas z chłopakami były jaja. Każdy z nas miał poczucie humoru i to
było naprawdę fajne.
- Dobra, my idziemy do nas – oznajmił Liam po jakimś czasie. –
Proponuję wieczorem iść do jakiegoś klubu, mam nadzieję, że pójdziecie z nami –
dodał.
- To nie jest zły pomysł – stwierdziłem, patrząc na Emily, która
pokiwała twierdząco głową.
- Dobra, to widzimy się wieczorem.
- Jasne.
Zostaliśmy sami. Znaczy w restauracji było jeszcze pełno ludzi,
ale przy stoliczku siedziałem tylko ja z tą piękną dziewczyną. Złapałem Emily
za rękę.
- Nie bądź taka spięta, Emy – zacząłem. – Przecież ja z tym tylko
żartowałem.
- Wiem – zarumieniła się. – Chodźmy też dzisiaj na spacer –
zaproponowała.
- Spacer taksówką? – zaśmiałem się.
- Oj tak, żółtą nowojorską taksóweczkę też muszę zaliczyć –
wyszczerzyła się. – Ale chodźmy gdzieś daleko, chcę poznać urok tego miasta, a
z powrotem możemy wrócić taksówką.
- Jasne, nie ma sprawy, ale muszę się najpierw wykąpać –
powiedziałem.
Musiałem zmyć tą całą podróż z mojego ciała.
- Jest już 14:00, o 15:00 wychodzimy, Styles. Ja się wykąpię
wieczorem, wezmę sobie taką długą kąpiel w tej naszej wannie – rozmarzyła się.
- No dobra, to chodź.
Brałem prysznic, a Emily malowała się przy umywalce.
- Jezu, to naprawdę krępujące – powiedziała.
- Weź przestań, przecież mnie nie widać – zaśmiałem się.
- Tylko załóż ręcznik na siebie zanim stamtąd wyjdziesz –
powiedziała poważnie.
- Czasami mogę zapomnieć.
- Spróbowałbyś, to bym cię pozbyła męskości – zażartowała.
- Pożałowałabyś tego szybciej niż myślisz.
Usłyszałem jak rzuciła czymś w szybę kabiny prysznicowej.
- Lepiej się zamknij, Styles.
- Lubię jak mówisz do mnie po nazwisku, to całkiem seksowne –
powiedziałem, wychylając się i patrząc na nią w lustrze.
Zrobiła na mnie głupią minę i wróciła do malowania rzęs.
- Może się pospieszysz? – zapytała mnie.
- A może chodź do mnie i umyj mi plecy? – zaproponowałem.
- No chyba żartujesz – zaśmiała się i usłyszałem trzaśnięcie
drzwi, za którymi zniknęła.
Zakręciłem wodę i wytarłem się ręcznikiem. Owinąłem go sobie na
biodrach i pomaszerowałem do sypialni. Na łóżku leżała moja otwarta walizka.
Wyciągnąłem potrzebne mi rzeczy i się ubrałem.
- O, już jesteś gotowy – ucieszyła się Emily, stojąc w drzwiach.
- Szybki jestem, co nie?
- No nie spodziewałam się. Ja też już jestem gotowa, możemy iść.
Podszedłem do niej i wtuliłem się, wąchając przyjemną woń jej
włosów.
- Dobra, dobra, koniec czułości – odsunęła się.
- Nie… - posmutniałem, ale po chwili się wyszczerzyłem.
Wziąłem portfel, telefon i kartę od pokoju z komody w salonie i
złapałem Emily za rękę. Skierowaliśmy się do drzwi. Zjechaliśmy windą na dół i
weszliśmy do ogromnego holu. Byłem całkowicie zatracony tym całym przyjazdem i
Emily, że nie pomyślałem o tym, by wyjść jakimś innym wyjściem, bo kiedy
przeszliśmy przez główne drzwi hotelu, zaczęły błyskać flesze i pełno dziewczyn
zaczęło krzyczeć moje imię. Emily patrzyła na to wszystko przerażona.
_________________________
rozdział jest po prostu mega ! chyba jak na razie najlepszy ze wszystkich, nie mogę się już doczekać następnego, więc dodawaj go szybciutko ! :) - sun ;*
OdpowiedzUsuńo jaaa, dziękuję, bardzo mi miło :):*
UsuńProszee mozesz czesciej dodawac rozdzialy :* ale one sa boskie... i dlugie ale zadkoo xd ale pieknie piszesz
OdpowiedzUsuńdziękuję bardzo, postaram się jak najczęściej :):*
Usuńno i gdyby było więcej komentarzy to bardziej by mi się chciało pisać :( a praktycznie nikt tego nie czyta, hehh :P
Usuńjest swietny <3
OdpowiedzUsuńdziękuję :):*
Usuńkiedy nastepny rozdział ? nie moge sie dczekac<3
OdpowiedzUsuńza dwa, trzy dni :)
Usuń