poniedziałek, 28 października 2013

CHAPTER TEN

~ EMILY ~

Siedzieliśmy już w samolocie. Cała odprawa za nami. Byliśmy oddzieleni od reszty pasażerów. Byliśmy tu tylko my. Znaczy chłopacy, ich dziewczyny, że się tak wyrażę, Little Mix, no i cała ekipa, która zawsze z nimi wszędzie leci. Sporo nas tu było. Ale czułam się strasznie nieswojo. Eleanor chyba mnie nie polubiła. Jakoś tak na mnie łypała wzrokiem. Siedziałam między Harrym, a  Niallem.
- Masz za ładną mordkę, jesteś już u niej na przegranej pozycji – szepnął mi Harry do ucha, wskazując na Eleanor.
- Co? – zdziwiłam się.
- Ona jest królową wszechświata – zaśmiał się.
- A niech sobie jest, nie przeszkadzam jej w tym przecież.
Droga strasznie się wlokła. Był moment, kiedy chłopacy zaczęli opowiadać kawały, grali też w karty, później słuchaliśmy z Harrym muzyki. Po jakimś czasie zaczęłam coś do niego mówić, ale najwidoczniej zasnął.
- On tak zawsze – oznajmił mnie Niall, przyglądając się Harry’emu.
- To mi chyba nie pozostaje nic innego jak zrobić to samo – szepnęłam, układając poduszkę pod głową i ustawiając fotel.
Zamknęłam oczy, jednak po chwili znów je otworzyłam.
- On ma straszne powodzenie u dziewczyn, co nie? – zapytałam.
Niall spojrzał na mnie jakbym była wariatką.
- Zdecydowanie największe z nas wszystkich – zaśmiał się.
- Na normalnych chłopaków lecą wszystkie dziewczyny w szkole, a na was? Dziewczyny z całego świata – stwierdziłam, aż serce mi się łamało.
- No życie – wyszczerzył się Niall.
Walnęłam go pięścią w ramię, aż krzyknął. Zaczęłam się śmiać.
- Wybacz, chciałam mocniej – szepnęłam i ponownie zamknęłam oczy.
Odpłynęłam. Strasznie mnie ten lot zmęczył. Samolotowe fotele nie pozwoliły mi się nawet przytulić do Harry’ego, bo były strasznie niekształtne. Miałam sny erotyczne! Co to znaczy? Obudziłam się i czułam jak robię się czerwona na policzkach. Spojrzałam na Harry’ego, a on patrzył na mnie swoimi pięknymi oczami.
- Nareszcie – szepnął, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Długo jeszcze? – zapytałam niezadowolona, ponieważ plecy już mnie bolały od siedzenia w tym głupim fotelu.
- Właściwie to nie, jesteśmy już w Ameryce – oznajmił mnie, a ja wyjrzałam przez okno.
Jasne, bardzo ciekawe, amerykańskie chmury. Słońce świeciło, było mi gorąco. Przyjemna pogoda, zważając na tą szarą w Anglii.
- Daj buzi – powiedział Harry, a ja się zaśmiałam.
- Co? – zapytałam przez śmiech.
- Daj buzi – powtórzył.
- Spadaj.
- Proszę zapiąć pasy i przygotować się do lądowania, będziemy lądować za 10 minut – usłyszeliśmy przez głośnik.
Odetchnęłam. Dobrze, że praktycznie całą drogę przespałam. Nienawidziłam momentu startowania i lądowania. Myślałam, że się porzygam z nerwów. Harry ścisnął moją rękę. Siedzieliśmy i czekaliśmy na ten moment. Czułam jak się obniżamy, a po chwili koła samolotu dotknęły pasu startowego. Uff. Sunęliśmy tak po nim jeszcze dość długo zanim się zatrzymaliśmy. Banan pojawił się na mojej buzi. Halo, jestem w Nowym Jorku! Wszyscy zaczęli klaskać, a my razem z nimi. Bezpiecznie dolecieliśmy na miejsce, to było najważniejsze. Musieliśmy jeszcze trochę poczekać, aż przysuną schody i tak dalej, a już po prostu nie mogłam wytrzymać, aż zaczerpnę świeżego powietrza.
- Spokojnie – powiedział Harry, patrząc na mnie troskliwie.
- Zaraz się uduszę – syknęłam, zamykając oczy, by się uspokoić.
Naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje, ale nie mogłam wziąć oddechu. Mieliśmy pierwszeństwo, by wyjść z samolotu. Harry złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę wyjścia. Czułam się, jakbym miała zaraz zemdleć. Po chwili poczułam powiew świeżego powietrza. Otworzyłam szeroko oczy i rozejrzałam się wokoło. Znajdowaliśmy się na lotnisku Kennedy’ego w dzielnicy Queens na, nie mam pojęcia, którym terminalu.
- Jesteśmy w Nowym Jorku, Emy – powiedział Harry, przytulając mnie od tyłu.
Zaśmiałam się, rozkoszując się nowojorskim powietrzem.
- Może byście się przesunęli, gołąbeczki? – zaśmiał się Niall, bo staliśmy na samej górze schodów, blokując zejście.
Ruszyliśmy powoli na dół. Miałam ochotę krzyknąć, ale się powstrzymałam. Czekaliśmy za wszystkimi na dole. Kiedy wszyscy już zeszli, przeszliśmy przez ogromne drzwi i ruszyliśmy w stronę jakąś tam, nie mam pojęcia, ale chłopacy doskonale się tu odnajdywali. Ciekawe ile razy już tutaj byli. Czekaliśmy na nasze walizki. Kiedy w końcu je otrzymaliśmy, zostały wpakowane na jakieś małe auto i pojechały gdzieś tam. Boże.
- Masz jakąś bluzę? – zapytał mnie Harry.
Miałam sweter w mojej torbie podręcznej.
- Sweter – odpowiedziałam mu zdziwiona.
- Nałóż go na głowę – polecił mi.
- Co? To jakieś porwanie? – zaśmiałam się.
Harry założył na głowę kaptur.
- Mówię serio. Chyba, że chcesz być jutro na twitterze, facebooku i innych pierdołach.
- Och – szepnęłam i pospiesznie wyjęłam sweter z torby.
Nałożyłam go na głowę.
- Jakbym widziała siebie za pierwszym razem – zaśmiała się Sophia.
- No nie gadaj, to przerażające – stwierdziłam.
- Co nie?
- No…
Harry złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę tłumu.
- Ale się o mnie troszczysz – zauważyłam.
Zaśmiał się tylko na moje słowa i przyciągnął do siebie.
- Takie już nasze życie. Zdjęcia z lotniska na profilach na twitterze pojawią się za około godzinę.
- O Boże, macie przejebane – powiedziałam zupełnie szczerze.
- W sumie to przestało mi to już przeszkadzać.
Szliśmy ściśnięci w stronę wyjścia od lotniska. To lotnisko było takie olbrzymie, że trochę nam to zajęło. Ale kiedy w końcu wyszliśmy czekał na nas taki mały autobus. Znaczy nie wiem jak autobus może być mały, w każdym bądź razie mniejszy od wszystkich. Obok drzwi stał ochroniarz, odsunął się na bok, kiedy nas zobaczył. Harry szybko wbiegł przez otwarte drzwi, a ja od razu za nim. Szyby były ciemne. Usiedliśmy się na kanapie, bo autobus w środku nie wyglądał jak każdy inny, którym czasami jeżdżę. Były w nim kanapy, stoliki. Pomieszczenie nie było duże, ale widziałam jakieś drzwi za którymi pewnie też coś było. Zdjęłam sweter z głowy i wtuliłam się w Harry’ego.
- Co będziemy dzisiaj robić? – zapytałam.
- Co tylko chcesz, dzisiaj jestem do twojej dyspozycji – zaśmiał się, obejmując mnie ramieniem.
- Czemu jeszcze ich nie ma?
- Skarbie, ja przemknąłem niezauważony, mam nadzieję, ale oni robią jeszcze zdjęcia z fanami, autografy, tak wygląda każde nasze pojawienie się na lotnisku, więc jeszcze odrobinę cierpliwości.
- Nie no, jasne, tak tylko pytam. A tak w ogóle łosiu, tyle razy byłeś w Nowym Jorku, a nadal zapominasz, że tu inna strefa czasowa?
- Nie zapominam – zaśmiał się.
- Powiedziałeś, że będziemy późnym popołudniem, a tak przeskoczyliśmy w czasie, że aż się zmieszałam, zaraz zjem dopiero jakiś obiad – zażartowałam.
- No co, w ogóle o tym nie pomyślałem.
- To tak jakbyśmy lecieli do Nowego Jorku nie przez 7 godzin, tylko przez ile? 2 albo 3 godziny?
- No jakoś tak. Dobra, przestań już o tym gadać. Powiedz mi lepiej, co chcesz dzisiaj robić? – zapytał.
- Bardzo trudne pytanie, nie mam pojęcie, zaskocz mnie – zaśmiałam się. – Masz w ogóle czas?
- Dzisiaj i jutro jak najbardziej. W piątek mamy próbę, jakiś wywiad, ale wieczór mam tylko dla ciebie. W sobotę sam nie wiem, a w niedzielę jest premiera – oznajmił.
- Zabierz mnie gdzieś dzisiaj – powiedziałam, wyglądając przez ciemną szybę autobusu.
Nowy Jork kojarzył mi się zawsze z ogromnymi wieżowcami, ale do tej części miasta mamy jeszcze kawał drogi.
- Gdzie nocujemy?
- Na Manhattanie.
- O Boże – szepnęłam podekscytowana. – A tak w ogóle, Harry, komu mam oddać pieniądze z bilet? – zapytałam.
Harry spojrzał na mnie zdziwiony.
- Żartujesz, prawda? Przecież przyleciałaś tu ze mną, nie musisz za nic płacić, w ogóle walnij się w ten pusty łeb – zaśmiał się i cmoknął mnie w czoło.
- Nie, Harry. Ja tak nie chcę, ja mam swoje pieniądze, tata o mnie zadbał, spokojnie, stać mnie na to – powiedziałam szybko, patrząc na niego.
- Nie ma mowy, Emily. Nie chcę nawet o tym słyszeć – oznajmił i zatkał mi usta dłonią.
Zaśmiałam się, wtulając się w jego tors. Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę. Do autobusu po kolei wszyscy zaczęli się schodzić. Obok mnie usiadła Sophia, miałam nadzieję, że będziemy trzymać się razem, bo naprawdę była świetną dziewczyną. Nie znałam jej za dobrze, ale była taka miła, zabawna i naprawdę ładna.
- No to jedziemy! – zawołała ucieszona.
Autobus ruszył. Wszyscy chyba już tutaj byli, tylko nie ja. Nie chciałam przegapić żadnego widoku za szybą, więc odwróciłam się i pochłaniałam każdą panoramę. Z każdym kilometrem byłam coraz bardziej podekscytowana.
- No to tak – usłyszałam głos Paula.
Odwróciłam się.
- Jak dojedziemy, idziemy od razu na obiad, o bagaże się nie martwcie, będą już w waszych pokojach. Wiecie, gdzie nocujemy, tam gdzie zawsze. Dzisiaj macie czas wolny, Harry wybłagał mnie, żeby jutro też tak było, także próbę macie dopiero w piątek. Nie zapomnijcie też o wywiadzie do The New York Times. Na piątek niczego na razie nie planujcie, zgadam się z wami.
- Jasne – potwierdzili chłopacy.
Po dosłownie kilku sekundach autobus się zatrzymał. Harry mnie pociągnął i wyszliśmy pierwsi. Skierowaliśmy się do ogromnych drzwi jakiegoś hotelu. Ogólnie nawet nie zdążyłam się rozejrzeć. W holu była ogromna lada recepcyjna. Harry podszedł do niej.
- Styles – powiedział recepcjonistce.
Ta spojrzała na niego zdziwiona.
- Momencik – powiedziała, patrząc w komputer. – Dwa pokoje na pana nazwisko, piętro 18, numer 12B, 13B.
- Dziękuję – uśmiechnął się, kiedy kobieta wręczyła mu dwie karty.
Poszliśmy w stronę windy, wciąż trzymając się za ręce. Harry zaczął się śmiał.
- Co? – zapytałam zdziwiona jego zachowaniem.
- Wystarczy jedna – powiedział, ukazując mi karty od pokojów.
- Oj, nie – zaprzeczyłam.
Drzwi windy się za nami zamknęły.
- No przestań – szepnął mi do ucha, opierając mnie o ścianę.
Poczułam jak unosimy się do góry.
- Harry, nie tutaj – zaśmiałam się, kiedy zaczął mnie całować po szyi.
- Wystarczy jedna – powtórzył.
- Harry, ja chcę mieć osobny pokój – powiedziałam całkiem poważnie.
- No dobra – oznajmił lekko oburzony.
Pocałowałam go w policzek.
- Nie bądź zły, nie chcę kusić losu, po prostu – zażartowałam, wywalając na niego język.
- Dlaczego? – zapytał, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Po prostu – powiedziałam krótko.
Drzwi windy się otworzyły, więc szybko z niej wyszłam.
- Karta – upomniałam się.
- Chodź, najpierw zobaczymy mój pokój – powiedział i wylosował jedną kartę.
Pokazał mi numerek ‘12’ ukazał nam się długi korytarz, ale on doskonale wiedział, gdzie iść. Harry zwinnie przesunął kartą w czytniku i usłyszeliśmy ciche pstryknięcie. Otworzył drzwi, powoli przez nie przeszłam. Zaparło mi dech w piersiach! To nie był pokój, to był apartament! Ogromna przestrzeń, wszystkie ściany były białe. Na środku pomieszczenia stała wielka, czerwona kanapa, a przed nią szklany stół. Na ścianie wisiał duży telewizor. W kącie stał stoliczek, a przy nim dwa krzesła. Obok tego był ogromny regał z różnymi książkami, znalazł się też barek. Na ścianach wisiały też dwa duże obrazy. Ale najpiękniejsze było to, że słońce wdzierało się do tego pokoju przez ogromne okno, przez które było widać piękną panoramę Nowego Jorku. Zaparło mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego. Było tu pięknie. Obok tego okna, znajdowały się też duże drzwi z szybą na mały balkonik. Widziałam tam dwa czarne fotele i stolik.
- Wyobraź sobie jaki widok jest w nocy, pamiętaj Nowy Jork nigdy nie śpi, miliony światełek – szepnął Hary do mojego ucha, przytulając mnie od tyłu. – Poza tym twój pokój ma numerek ‘13’ wiesz, że to pechowa liczna?
Zaśmiałam się. Chciał zrobić wszystko, żebym z nim została.
- To dopiero salon – powiedział, łapiąc mnie za rękę.
Harry poprowadził mnie w stronę korytarza, który był połączony z salonem. Za rogiem znajdowała się mała kuchnia, na podłodze były brązowe płytki, na ścianach beżowe, a meble były do tego cudownie dobrane. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej podobał mi się ten apartament. Doszliśmy do samego końca, po obu stronach korytarzyka znajdowały się drzwi. Za nimi pewnie była sypialnia i łazienka. Harry otworzył drzwi łazienki i zapalił światło, bo w ogóle nie było w niej okien. Myślałam, że niedługo nie będę mogła oddychać, bo nawet głupia łazienka była tak przytulna, że koniec świata. Ogromna wanna znajdowała się na środku pomieszczenia. Mieliśmy nawet w łazience pralkę i suszarkę, nie musieliśmy schodzić do pralni. W tym apartamencie było wszystko. Ja bym tu mogła spokojnie mieszkać całe życie. Oprócz wanny mieliśmy też prysznic, no i wiadomo piękną umywalkę i kibelek.
- A teraz zamknij oczy – szepnął mi Harry do ucha.
Zrobiłam to, co mi kazał. Wyprowadził mnie z łazienki i zamknął drzwi. Po chwili usłyszałam jak otwiera kolejne drzwi. Wprowadził mnie do środka. Przytulił mnie od tyłu i mruknął coś do ucha. Otworzyłam powoli oczy. Każdy szczegół doprowadzał mnie do szaleństwa, myślałam, że zwariuję, czułam się jak mała dziewczynka. Moim oczom ukazało się małe pomieszczenie. Na całej ścianie naprzeciwko mnie znajdowało się ogromne okno na panoramę Nowego Jorku. Znajdowało się też tam łóżko. Duże, czerwone łoże. Po prawej stronie drzwi była szafa z przesuwanymi drzwiami z lustrami, wbudowana w ścianę.
- Jezu, jak tu jest pięknie, zostańmy tu na zawsze – powiedziałam i rzuciłam się na Harry’ego.
Podniósł mnie, a ja oplotłam jego ciało udami. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Nie wiem, jak on to zrobił, ale po chwili wylądowaliśmy na tym ogromnym łóżku. Wspiął się na mnie i przycisnął mnie swoim umięśnionym ciałem. Nie przerywaliśmy całowania. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Harry się ode mnie oderwał.
- Nie wierzę, kurwa! – krzyknął.
Zaczęłam się śmiać.
- Za każdym cholernym razem ktoś nam przerywa – syknął, podnosząc się z łóżka.
Wyszedł z sypialni i skierował się w kierunku salonu. Ja też wstałam z łóżka i ciekawa, kto tym razem nam przerwał, pomaszerowałam za nim.
- Och, Paul – syknął, kiedy otworzył drzwi.
- Mówiłem, że jak przyjedziemy jest od razu obiad czy nie mówiłem? – zapytał.
- No mówiłeś. Już idziemy.
- Hej, Paul – zaczęłam, biorąc kartę z numerem ‘13’ z stolika, gdzie wcześniej położył ją Harry.
- Tak?
- Ona nie będzie nam potrzebna – zaśmiałam się, wręczając mu ją.
- Jasne – uśmiechnął się od ucha do ucha. – Powiem recepcjonistce, żeby twoje bagaże też tu przyniosła.
- Dzięki bardzo – powiedziałam.
- Ale teraz naprawdę chodźcie na obiad – oznajmił i zniknął.
- Czyli jednak – ucieszył się Harry.
- A co mi tam, kanapa tu jest taka duża, że spokojnie się wyśpisz – zażartowałam i cmoknęłam go w policzek. – Ej, naprawdę padam z głodu, chodźmy już.

~ HARRY ~

Siedzieliśmy w restauracji na samej górze budynku. Był tu też taras widokowy. Zająłem stolik przy dużym oknie na Nowy Jork. Obok mnie siedziała Emily, po drugiej stronie Liam, a między nimi Sophia. Dostaliśmy ogromne talerze. Wybrałem polędwiczki wieprzowe w sosie śmietanowo-grzybowym z ryżem i surówką. Niebo w gębie. Emily wzięła jakieś chińskie żarcie. Żartowaliśmy sobie przez praktycznie cały czas.
- Także my dzisiaj idziemy na spacer – ucieszyła się Sophia. – A wy co? Chyba nie będziecie tu siedzieć cały dzień?
- W sumie mamy taki apartament, że mogłabym z niego nie wychodzić – zaśmiała się Emily.
- Oj, już ja coś wymyślę – powiedziałem.
- Pamiętajcie, że mamy obok pokój, a w nocy śpimy – zażartował Liam.
- Bardzo śmieszne – powiedziała Emily.
- To nie jest śmieszne, Emily – powiedziałem poważnie. – Nie wiem, czy dasz radę nie krzyczeć.
- Zamknij się, Styles – skarciła mnie, rumieniąc się.
- Ale świnie, co nie? – zaśmiała się Sophia. – A właśnie, Emily, miałam się ciebie pytać, czy będziesz zainteresowana pójściem na jakieś mega zakupy w piątek jak oni będą mieli wywiad. Bo na próbę obowiązkowo idziemy z nimi – powiedziała.
- Ale my was tam nie chcemy – powiedziałem, udając niezainteresowanego.
Emily zmierzyła mnie od góry do dołu.
- Chętnie, uwielbiam zakupy! – powiedziała podekscytowana. – Na takich zakupach jeszcze nigdy nie byłam. Nie w Nowym Jorku!
- Super – ucieszyła się Sophia.
- Liam, weź mi je stąd – wywróciłem oczami.
- Harry, weź mi je stąd – powiedział Payne.
Śmialiśmy się i żartowaliśmy cały czas. Uwielbiałem to, zawsze gdy spędzaliśmy czas z chłopakami były jaja. Każdy z nas miał poczucie humoru i to było naprawdę fajne.
- Dobra, my idziemy do nas – oznajmił Liam po jakimś czasie. – Proponuję wieczorem iść do jakiegoś klubu, mam nadzieję, że pójdziecie z nami – dodał.
- To nie jest zły pomysł – stwierdziłem, patrząc na Emily, która pokiwała twierdząco głową.
- Dobra, to widzimy się wieczorem.
- Jasne.
Zostaliśmy sami. Znaczy w restauracji było jeszcze pełno ludzi, ale przy stoliczku siedziałem tylko ja z tą piękną dziewczyną. Złapałem Emily za rękę.
- Nie bądź taka spięta, Emy – zacząłem. – Przecież ja z tym tylko żartowałem.
- Wiem – zarumieniła się. – Chodźmy też dzisiaj na spacer – zaproponowała.
- Spacer taksówką? – zaśmiałem się.
- Oj tak, żółtą nowojorską taksóweczkę też muszę zaliczyć – wyszczerzyła się. – Ale chodźmy gdzieś daleko, chcę poznać urok tego miasta, a z powrotem możemy wrócić taksówką.
- Jasne, nie ma sprawy, ale muszę się najpierw wykąpać – powiedziałem.
Musiałem zmyć tą całą podróż z mojego ciała.
- Jest już 14:00, o 15:00 wychodzimy, Styles. Ja się wykąpię wieczorem, wezmę sobie taką długą kąpiel w tej naszej wannie – rozmarzyła się.
- No dobra, to chodź.

Brałem prysznic, a Emily malowała się przy umywalce.
- Jezu, to naprawdę krępujące – powiedziała.
- Weź przestań, przecież mnie nie widać – zaśmiałem się.
- Tylko załóż ręcznik na siebie zanim stamtąd wyjdziesz – powiedziała poważnie.
- Czasami mogę zapomnieć.
- Spróbowałbyś, to bym cię pozbyła męskości – zażartowała.
- Pożałowałabyś tego szybciej niż myślisz.
Usłyszałem jak rzuciła czymś w szybę kabiny prysznicowej.
- Lepiej się zamknij, Styles.
- Lubię jak mówisz do mnie po nazwisku, to całkiem seksowne – powiedziałem, wychylając się i patrząc na nią w lustrze.
Zrobiła na mnie głupią minę i wróciła do malowania rzęs.
- Może się pospieszysz? – zapytała mnie.
- A może chodź do mnie i umyj mi plecy? – zaproponowałem.
- No chyba żartujesz – zaśmiała się i usłyszałem trzaśnięcie drzwi, za którymi zniknęła.
Zakręciłem wodę i wytarłem się ręcznikiem. Owinąłem go sobie na biodrach i pomaszerowałem do sypialni. Na łóżku leżała moja otwarta walizka. Wyciągnąłem potrzebne mi rzeczy i się ubrałem.
- O, już jesteś gotowy – ucieszyła się Emily, stojąc w drzwiach.
- Szybki jestem, co nie?
- No nie spodziewałam się. Ja też już jestem gotowa, możemy iść.
Podszedłem do niej i wtuliłem się, wąchając przyjemną woń jej włosów.
- Dobra, dobra, koniec czułości – odsunęła się.
- Nie… - posmutniałem, ale po chwili się wyszczerzyłem.

Wziąłem portfel, telefon i kartę od pokoju z komody w salonie i złapałem Emily za rękę. Skierowaliśmy się do drzwi. Zjechaliśmy windą na dół i weszliśmy do ogromnego holu. Byłem całkowicie zatracony tym całym przyjazdem i Emily, że nie pomyślałem o tym, by wyjść jakimś innym wyjściem, bo kiedy przeszliśmy przez główne drzwi hotelu, zaczęły błyskać flesze i pełno dziewczyn zaczęło krzyczeć moje imię. Emily patrzyła na to wszystko przerażona.

_________________________

9 komentarzy:

  1. rozdział jest po prostu mega ! chyba jak na razie najlepszy ze wszystkich, nie mogę się już doczekać następnego, więc dodawaj go szybciutko ! :) - sun ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Proszee mozesz czesciej dodawac rozdzialy :* ale one sa boskie... i dlugie ale zadkoo xd ale pieknie piszesz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję bardzo, postaram się jak najczęściej :):*

      Usuń
    2. no i gdyby było więcej komentarzy to bardziej by mi się chciało pisać :( a praktycznie nikt tego nie czyta, hehh :P

      Usuń
  3. jest swietny <3

    OdpowiedzUsuń
  4. kiedy nastepny rozdział ? nie moge sie dczekac<3

    OdpowiedzUsuń